Najnowsze wpisy

sierpnia 10, 2020

Bell - paleta cieni Pressed Pigment
Czy warto kupować kosmetyki w Biedronce? #12

Hej!

Przy okazji kosmetycznych zakupów w Biedronce skusiłam się jeszcze na jedną rzecz, a mianowicie paletę cieni Pressed Pigment z Bell. Zainteresowała mnie, ponieważ nie ma najgorszego składu, więc stwierdziłam, że ją dla Was przetestuję. Jeśli jesteście ciekawi, czy warto po nią sięgnąć, to zapraszam do czytania dalej :)


Paleta ma plastikowe opakowanie bez lusterka i zawiera 10 cieni - 6 matowych i 4 błyszczące. Utrzymana jest w ciepłej kolorystyce, ale znajdziemy w niej też podstawowe kolory takie jak cielisty beż oraz czerń. Oprócz tego z matów mamy również:
  • ciepły, jasny brąz, który świetnie sprawdza się jako cień przejściowy,
  • ciemniejszy, rdzawy brąz,
  • chłodniejszy brąz do przyciemnienia zewnętrznego kącika,
  • piękny, śliwkowy, dość ciemny cień.
Natomiast z błysków mamy:
  • miedziany,
  • lekko pomarańczowe złoto,
  • żółty,
  • ciemny khaki ze złotymi drobinkami.

Paletę zakupiłam, bo ma przyzwoity skład. Nie jest naturalny, ale nie zauważyłam w nim np. mikroplastiku, którego unikam, jak mogę i który jest naprawdę w większości kosmetyków kolorowych niezależnie od ceny. 


Cienie mają bardzo jedwabistą konsystencję i genialnie się rozcierają, co mnie pozytywnie zaskoczyło. Pigmentacja jest według mnie w sam raz. Da się stopniować intensywność cieni. Do tego całkiem nieźle się ze sobą łączą. Najgorzej przykleja się do pozostałych ten ciemny brąz, ale generalnie uważam, że i tak jest ok. Najlepiej go wciskać w powiekę, a nie rozcierać, żeby nie zrobił plam. Jeśli chodzi o czerń, to dobrze się nią robi kreskę przy linii rzęs. Bardzo zaskoczył mnie też cielisty beż, który ma genialną pigmentację. Błyski najładniej wyglądają na klejącej bazie. Szczególnie ten żółty i ciemny khaki najlepiej tak aplikować.


Na koniec propozycja makijażu. Starałam się wykorzystać jak najwięcej cieni. Muszę przyznać, że pracuje się nimi naprawdę dobrze.


Jeśli dobrze pamiętam, to paleta kosztuje 19,99 zł i jest dostępna w szafach Bell w Biedronce. Ostatnio chętnie po nią sięgam, zwłaszcza jeśli mam ochotę na ciepły makijaż. Kolory pięknie podbijają niebieską tęczówkę. Jakościowo paleta mnie pozytywnie zaskoczyła. Cienie świetnie się rozcierają. Myślę, że za taką cenę warto się skusić, jeśli akurat szukałyście palety w takiej kolorystyce.

Dajcie znać, jak Wam się podoba? Lubicie takie kolory cieni? :)

Buziaki!
Kasia

sierpnia 07, 2020

Przegląd toaletki - naturalna kolorówka #3
Produkty do brwi

Hej!

Przyszedł czas na kolejny wpis z serii o mojej naturalnej kolorówce. Tym razem na tapet wezmę produkty do brwi. Nie będzie ich dużo, ale za to będą to perełeczki, które uwielbiam. Zapraszam do czytania :)


Felicea kredka do brwi 


To mój ostatni hit i sięgam po nią przy każdym dziennym makijażu. Moje pierwsze wrażenie było takie sobie, ale na szczęście produkt zyskał przy dalszym poznaniu. Z jednej strony ma szczoteczkę, z drugiej jest kredka o trójkątnym kształcie. Myślałam, że wolę bardziej precyzyjne kredki, ale o dziwo tą bardzo dobrze mi się maluje brwi. Dzięki nieco woskowej konsystencji ani razu nie uzyskałam efektu przerysowanych brwi. Makijaż zawsze wygląda naturalnie. A jeśli nałoży się jej za dużo, to łatwo ją wyczesać. Do tego ma idealny dla mnie kolor (nr 86 light brown) - chłodny, świetny dla blondynek. No i oczywiście naturalny, krótki skład. Na pierwszym miejscu mamy olej rycynowy, który świetnie wzmacnia włoski i stymuluje ich wzrost. Jeśli lubicie naturalny makijaż brwi, to bardzo polecam wypróbować.


felicea-kredka-do-brwi

Couleur Caramel pomada do brwi


To kosmetyk, którego używam przy mocniejszych makijażach, do zdjęć albo po prostu gdy mam ochotę bardziej wyrysować brwi. Ma cudowną, kremową konsystencję, która nadal od zakupu (w lutym tego roku) pozostaje mniej więcej taka sama. Pomada nie zastygła jeszcze na kamień. Uważam, że to duży plus. Poza tym ma piękny kolor (nr 61), który również jest chłodny i bardzo przypomina mi kolor kredki z Felicea, tylko w mocniejszej wersji, co możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej. Tutaj również mamy skład oparty na oleju rycynowym, co działa dobroczynnie dla naszych brwi. W opakowaniu mamy ukryty pędzelek, który jest naprawdę fajny - mały i precyzyjny.

couleur-caramel-pomada-do-brwi
Po lewej Felicea, po prawej Couleur Caramel

Podsumowując, oba kosmetyki są naprawdę świetne i wybór zależy tylko od tego, jaką konsystencję wolicie. U mnie na co dzień wygrywa Felicea za szybkość aplikacji, ale jeśli mam ochotę na mocniejszy makijaż brwi, to sięgam po CC.

Piszcie koniecznie, czy znacie te kosmetyki albo czy macie jakichś swoich naturalnych ulubieńców w tej kategorii.

Do następnego!
Kasia

sierpnia 05, 2020

Konsola na rośliny z Ikea | Na jakie rośliny się zdecydowałam?

Hej!

Zauważyłam, że rośliny domowe to ostatnio modny temat. Wiele osób pokazuje na yt swoją kolekcję. W moim domu zawsze były rośliny, ale do tej pory wybierałam głównie sukulenty, którym nie trzeba poświęcać zbyt dużo czasu. Mam też jeden parapet ze storczykami, aloes, który tak się rozrósł, że musiałam go podzielić na trzy części i piękny Zamioculcas. Ostatnio jednak stwierdziłam, że chciałabym mieć w domu jeszcze więcej roślin, tylko nie miałabym już dla nich odpowiedniego, jasnego miejsca. Dostałam więc na urodziny konsolę z Ikea, a dzisiaj pokażę Wam, na jakie rośliny się zdecydowałam. Zapraszam :)


Bluszcz domowy Hedera Helix 'Variegata'


To bardzo popularna roślina, którą pewnie wszyscy kojarzycie. Ta ze zdjęcia jest z Ikea i pięknie się rozrasta. Wcześniej kupiłam jeden egzemplarz w Leroy, ale niestety szybko zmarniał. Wydaje mi się, że sadzonka była kiepska. Odmiana Variegata charakteryzuje się kremowo-zielonymi, przebarwionymi liśćmi, co bardzo mi się podoba. 


Peperomia obtusifolia Peperomia tępolistna 'Variegata'


To pierwsza z moich dwóch Peperomii, którą kupiłam w lokalnym sklepie ogrodniczym. Jak widzicie, to również wersja z odbarwionymi liśćmi. Na pierwszy rzut oka przypomina trochę sukulenta, ponieważ ma grube liście, w których gromadzi wodę. 


Ficus benjamina 'Green Kinky'


To również jedna bardziej popularnych roślin. Zakupiłam ją w sklepie Jucca w Tarnowie Podgórnym koło Poznania (raj dla roślinomaniaków). Ma formę gęstego drzewka, lubi zraszanie. 


Trzykrotka Tradescantia


Niestety nie wiem, jaka to odmiana. Na razie nie widzę u niej żadnych dodatkowych kolorów, ale mam nadzieję, że jeszcze się coś pojawi. W każdym razie uważam, że to jedna ze słodszych roślinek. Ma w sobie dużo uroku. Zwłaszcza podobają mi się te malutkie listki wyrastające ze środka.


A teraz zakupy z bardzo popularnego sklepu internetowego zielony-parapet.pl. Jest tam taki wybór, że ciężko się zdecydować. Jeśli boicie się kupić rośliny w sklepie internetowym, to uspokajam - wszystko było naprawdę genialnie zapakowane, a same roślinki piękne i zdrowe. Bardzo ładnie rosną.

Peperomia kędzierzawa 'Rosso'


To mój drugi egzemplarz. Pierwszy przelałam podczas przesadzania. Ta roślinka nie lubi za dużo wody, ma drobne korzenie. Z kolei lubi wilgotne powietrze, więc można ją spryskiwać wodą. Liście mają bardzo ciekawy kolor - z wierzchu ciemna zieleń, od spodu ciemna czerwień.


Syngonium 'Arrow'


To również bardzo popularna roślina. Odmiana Arrow ma obłędne wzory na liściach. Uwielbiam :)


Scindapsus pictus 'Silver Ann' Scindapsus pstry


Pewnie kojarzycie najbardziej znaną odmianę Scindapsusa. Mnie natomiast totalnie oczarowały te srebrzyste liście w odmianie Silver Ann. Jeśli mieszkacie w mieście, to bardzo polecam, bo roślinka świetnie oczyszcza powietrze. 


Calathea leopardina Kalatea


And last but not least - kalatea. To najdroższa roślinka z mojego zamówienia. Na szczęście nic jej się nie stało w transporcie. Jak widzicie, wybrałam odmianę Leopardina, ale kalaeta ma tyle odmian, że naprawdę ciężko się zdecydować. Sama mam jeszcze ochotę na taką z różowymi liśćmi. 
Muszę się przyznać, że jest to mój roślinkowy ulubieniec. Leopardina mnie oczarowała swoimi niesamowitymi wzorami na liściach. Nowe listki rozwijają się z takich ruloników, co wygląda uroczo. Do tego kalatea ma bardzo ciekawą cechę. Posiada poduszki stawowe, więc obraca swe liście do słońca. W dzień są bardziej poziomo, w nocy pionowo. 


I na sam koniec moja nowa konewka z Ikea, która pięknie się prezentuje na nowej konsoli :)


I to już wszystko na dzisiaj. Dajcie znać, czy podoba Wam się taka tematyka wpisów (od czasu do czasu) i czy Wy również lubicie rośliny? A jeśli tak, to jakie najbardziej?

Buziaki!
Kasia

lipca 21, 2020

Bell - kolekcja Natural Beauty
Czy warto kupować kosmetyki w Biedronce? #11


Czy warto kupować kosmetyki w Biedronce? Kiedyś była to jedna z moich ulubionych serii na blogu, ale odkąd postanowiłam przerzucić się na naturalną kolorówkę, musiałam z niej zrezygnować. Jednak muszę przyznać, że ostatnio marka Bell mnie pozytywnie zaskoczyła, ponieważ w ich biedronkowych szafach pojawiła się kolekcja Natural Beauty, która ma naturalne składy. Cieszę się, że w tej kwestii zaczyna się powoli coś ruszać i nawet tańsze marki sięgają po lepsze składniki. Na szczęście w mojej Biedronce była cała kolekcja, więc wybrałam kilka kosmetyków, które mnie zaciekawiły i dzisiaj Wam je pokażę. Zapraszam :)

bell-natural-beauty

W skład kolekcji wchodzi baza pod makijaż, puder prasowany i sypki, tusz do rzęs, rozświetlacz, róż, 3 błyszczyki i 3 szminki. Opakowania bardzo mi się podobają. Są proste, minimalistyczne, utrzymane w beżowo - zielonej kolorystyce. Pasują do tematu całej kolekcji. Na każdym opakowaniu została umieszczona informacja o ilości naturalnych składników w danym produkcie. Większość z nich ma ich sporo, najmniej miał bodajże błyszczyk (66%) i jego skład już mi się nie podobał.

Skusiłam się na trzy produkty:

Kryjący puder prasowany z olejem arganowym


Puder ma 97% składników pochodzenia naturalnego. W opakowaniu wygląda (dla mnie) na dość ciemny, ale na szczęście nie przyciemnia podkładów. Ma cudowne tłoczenie, które prezentuje się naprawdę pięknie. Do tego ładnie pachnie. Zapach kojarzy mi się z praniem i jest dość intensywny, więc lepiej go powąchajcie w sklepie, jeśli drażnią Was mocniejsze zapachy.

bell-biedronka-kolekcja-natural-beauty

Dziwi mnie trochę nazwa, ponieważ puder nie jest zbytnio kryjący. Delikatnie matuje, pozostawia satynowe, naturalne wykończenie, a przy tym pięknie wygładza. Bardzo mi się podoba efekt, jaki daje na podkładzie Felicea. Określiłabym jako puder utrwalający. Nie matuje na długo i myślę, że najlepiej się sprawdzi na cerach suchych/normalnych, aczkolwiek ja np. uwielbiam ostatnio taki efekt i chętnie będę po niego sięgać. Fajnie się sprawdzi do torebki, do poprawek w ciągu dnia. 

Rozświetlacz do twarzy i ciała z olejem arganowym


Tutaj mamy 98% składników naturalnych. Również to samo piękne tłoczenie, ale tym razem kosmetyk nie pachnie.


Odcień określiłabym jako cielisty. Pięknie stapia się ze skórą. Nie posiada widocznych drobin, tworzy idealną taflę. Bardzo jasne skóry niestety może przyciemniać. Moim zdaniem najlepiej będzie wyglądał na tych lekko opalonych. Natomiast bladziochy mogą go wykorzystać np. do dekoltu. Prezentuje się naprawdę cudnie :) Moim zdaniem to perełka tej kolekcji, na którą zdecydowanie warto zwrócić uwagę.

Naturalna nawilżająca pomadka do ust


Ostatni już produkt, który wybrałam, to pomadka w odcieniu 02 Summer Wind. To piękny chłodny róż, trochę taki mauve. Szminka ma 98% składników naturalnych. Zawiera sporo olejów: rycynowy, słonecznikowy, morelowy, kokosowy, konopny, jojoba, masło shea, więc powinna ładnie nawilżać. 
Konsystencję ma kremową, ale nie za bardzo, taką w sam raz, przez co nie rozmazuje się, nie przenosi na zęby i też ładnie się utrzymuje jak na tego typu produkt. Pachnie delikatnie. 
Moim zdaniem to również bardzo ciekawa propozycja. Zawsze bardzo lubiłam pomadki z Bell i ta także mnie nie zawiodła.


Cieszę się, że na kosmetycznym rynku również wśród tańszych marek zaczynają pojawiać się naturalne produkty. Mam nadzieję, że nie będzie to jednorazowa akcja i Bell będzie coraz częściej sięgać po naturalne składniki. 

Ta kolekcja pozytywnie mnie zaskoczyła i wszystkie 3 produkty mogę Wam polecić :) Piszcie proszę, jak Wam się ta kolekcja podoba i czy macie ochotę się na coś skusić?

Buziaki!
Kasia

lipca 16, 2020

Pielęgnacja twarzy z Bosphaera
Serum & płyn do demakijażu

Dzień dobry!

Idąc za ciosem, stwierdziłam, że pokażę Wam dwa kolejne kosmetyki marki Bosphaera, które miałam przyjemność testować. Tym razem, jak widzicie po tytule, będą to produkty do twarzy. Zapraszam do czytania dalej :)

bosphaera-serum-płyn-do-demakijażu

Delikatny płyn do demakijażu


Płyn zamknięty jest w butelce z ciemnego szkła z pompką. Ma bardzo delikatny zapach, który nie powinien przeszkadzać nawet największym wrażliwcom. 

Skład oparty jest na żelu z aloesu oraz hydrolacie z róży damasceńskiej. Płyn zawiera również mnóstwo ekstraktów, m.in. z jęczmienia, brzoskwini, jabłka, pszenicy, żeń-szenia, ostropestu plamistego, bazylii azjatyckiej, lotosu błękitnego. Daję znać, że w składzie znalazł się również glukonolakton, więc jeśli nie lubicie kwasów w swojej pielęgnacji, to niestety nie będzie to produkt dla Was. Według mnie ta kompozycja składników naprawdę robi wrażenie i mało jest na rynku płynów do demakijażu z tak bogatym składem. 
Producent na opakowaniu zapewnia nas, że produkt nie tylko zmywa makijaż i usuwa zanieczyszczenia, ale także przywraca skórze naturalne pH. Dodatkowo powinien wyrównywać koloryt cery, zmniejszać zaczerwienienia, redukować nadmiar sebum. Nie umiem stwierdzić, czy rzeczywiście tak działa, ponieważ używałam go głównie go zmywania makijażu oczu. Chociaż teraz zastanawiam się, czy powinnam ze względu na ten glukonolakton. Niemniej jednak makijaż zmywa dobrze. Dzięki beztłuszczowej formule nie pozostawia mgły na oczach ani nie szczypie.

Płyn ma 100g. Kosztuje 35,99 zł i możecie go dostać na stronie bosphaera.com.

delikatny-płyn-do-demakijażu

Dwufazowe serum rozświetlająco - rozjaśniające


To serum mnie niesamowicie zaciekawiło, ponieważ wg opisu producenta powinno się świetnie sprawdzić na cerze tłustej i problematycznej. Serum przychodzi do nas również w szklanym opakowaniu z ciemnego szkła z pipetą. W środku znajdujemy produkt o pomarańczowym zabarwieniu i lekkiej konsystencji. Na bardzo jasnej cerze serum minimalnie barwi skórę, ale nie jest to jakoś mocno widoczne i podczas porannej pielęgnacji ten kolor schodzi. 
Zapach tego serum nawiązuje do koloru. Jest mocno cytrusowy, najbardziej kojarzy mi się z mandarynkami. Dzięki temu jego aplikacja to czysta przyjemność :)

dwufazowe-serum-rozświetlająco-rozjaśniające

Jak się pewnie domyślacie, tutaj również mamy do czynienia z przepięknym, bardzo bogatym składem opartym na wodzie z oczaru wirginijskiego, kwasie L-askorbinowym oraz przeróżnych olejach i ekstraktach, np. z pestek malin, jojoba, słonecznikowym, z róży rdzawej itd. 


Oto opis producenta z opakowania:

"Dwufazowe serum rozświetlająco-rozjaśniające to esencja drogocennych składników, dzięki którym skóra staje się gładka i promienna. Rozjaśnia przebarwienia oraz plamy posłoneczne, a także rozświetla cerę. Idealnie nadaje się do pielęgnacji skóry z problemami trądzikowymi i bliznami potrądzikowymi. Dzięki obecności hydrolatu z oczaru wirginijskiego, kwasów hialuronowych, a także olejów: z róży rdzawej, z pestek malin, marchwi oraz jojoba, po użyciu serum skóra staje się jędrna i elastyczna. Ekstrakty z kwiatów lotosu: błękitnego egipskiego i indyjskiego, redukują nadmierną produkcję sebum pozostawiając gładki, promienny i czysty wygląd twarzy. Kompleks składający się z bazylii azjatyckiej, ostropestu oraz aktywnej frakcji algi Enteromorpha compressa, poprawia funkcję barierową skóry podrażnionej na skutek działania zewnętrznych czynników mechanicznych, a w miarę trwania aplikacji regeneruje skórę. Ekstrakt z różowego grejpfruta dodatkowo oczyszcza oraz przyspiesza odnowę komórek skóry. Efekty są widoczne już po pierwszym zastosowaniu."

Po kilku miesiącach stosowania mogę powiedzieć, że serum bardzo ładnie wyrównuje koloryt cery. Mimo że nie mam jakichś większych skłonności do przebarwień, to mam wrażenie, że w tej chwili ten koloryt jest jeszcze bardziej ujednolicony niż kiedyś i tak naprawdę nie mam większej potrzeby, żeby używać podkładu na co dzień. 
Do tego produkt przepięknie wycisza niedoskonałości. Ma lekką konsystencję i szybko się wchłania, więc jeśli nie lubicie typowo olejowych formuł, to na pewno Wam przypadnie do gustu.
Serum jest wydajne. Używam go 2-3 razy w tygodniu od ok. 3 miesięcy i zużyłam 1/3 opakowania.

Produkt ma 30 g, kosztuje 49,99 zł i dostaniecie go TUTAJ.


Moim zdaniem oba kosmetyki są bardzo udane, ale w szczególności rozkochało mnie w sobie serum rozświetlająco - rozjaśniające, które jest idealne dla cery tłustej i mieszanej. Chociaż myślę, że mając tak bogaty skład, sprawdzi się pewnie również na innych typach skóry. Na mojej widzę spore efekty. Cera jest ujednolicona, rozjaśniona, trochę mniej się przetłuszcza. Według mnie jest to hit, który zdecydowanie warto wypróbować :)

Piszcie proszę w komentarzach, czy znacie kosmetyki marki Bosphaera? A jeśli nie, to czy Was jakimś zaciekawiłam?

Do następnego!
Kasia

lipca 14, 2020

Pielęgnacja ciała z Bosphaera
Masło do ciała & krem do rąk i stóp

Hej!

Dawno nie było na moim blogu wpisu o pielęgnacji, więc dzisiaj opowiem Wam o dwóch kosmetykach do ciała marki Bosphaera, które w ostatnich miesiącach miałam okazję testować i które pomogły mojej skórze przetrwać m.in. czas kwarantanny. Zapraszam :)


Nawilżająco - regenerujące masło do ciała Lawenda z rumiankiem


Jak może wiecie, nie jestem fanką smarowania ciała. Brakuje mi wytrwałości, ale ponieważ ostatnio sporo ćwiczę, stwierdziłam, że mojej skórze przydałaby się porządna dawka nawilżenia, żeby trochę ujędrnić ciało. Zdecydowałam się na wersję Lawenda z rumiankiem, ponieważ lubię klasyczny zapach lawendy. Tutaj zapach jest lawendowy, ale bardziej świeży, lekko sztuczny, co nie do końca mi odpowiada, ale na szczęście nie jest on tak bardzo intensywny.

Jeśli chodzi o skład, to jest naprawdę wzorowy. Zobaczcie sami:

lawenda-z-rumiankiem

Mamy oleje: z pestek winogron i słodkich migdałów, masła: shea i kakaowe, czyli składniki, które bardzo dobrze nawilżają i odżywiają skórę. Dodatkowo masło zawiera również hydrolat z oczaru wirginijskiego, który wykazuje działanie przeciwstarzeniowe. 
Kosmetyk ma 96% składników naturalnych, nie był testowany na zwierzętach i był ręcznie robiony. 
Opakowanie jest niestety plastikowe, aczkolwiek wiem, że marka coraz bardziej stawia na szkło i myślę, że za jakiś czas również masła pojawią się w szklanych opakowaniach. Z kolei szata graficzna jest prosta i bardzo mi się podoba. Widząc je, od razu można się domyślić, że mamy do czynienia z kosmetykiem naturalnym :)


Masło ma konsystencję pianki, musu, który cudownie się rozprowadza po skórze. Bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia smug. Muszę powiedzieć, że jest to moja ulubiona formuła maseł do ciała. 
Jeśli chodzi o działanie, to jestem zachwycona. Produkt świetnie nawilża, ale nie pozostawia na skórze zbyt tłustego filmu. Używam go głównie na nogi, ale zdarzyło mi się również nakładać go na dłonie i w tej roli również się dobrze sprawdził. Masło pozostawia uczucie niesamowicie gładkiej skóry. Stosuję go przede wszystkim po kąpieli i następnego dnia nadal czuć nawilżenie, co absolutnie uwielbiam.

Masło ma 200 g i kosztuje 39,99 zł. Dostaniecie go na stronie bosphaera.com. Polecam zerknąć, bo występuje aż 12 wersjach zapachowych, więc na pewno każdy znajdzie coś dla siebie :) 

Regenerująco - zmiękczający krem do rąk i stóp


To produkt, który ratował skórę mnie i mojemu mężowi podczas kwarantanny, gdy płyny do dezynfekcji były w użyciu niemalże non stop, a skóra dłoni cierpiała katusze. 
Jak widzicie, opakowanie jest bardzo podobne do masła, tylko w mniejszej wersji. Jeśli jesteście zwolennikami szkła, to mam dla Was dobrą informację. Marka wprowadziła niedawno ten krem w wersji szklanej, za co duży plus.

krem-do-rąk-i-stóp

Zapach na stronie opisywany jest jako "zapach świeżo pieczonego muffinka z nutami soczystych jagód oraz cukru waniliowego". Ja nie umiem go jednoznacznie określić. Na pewno jest bardzo słodki i intensywny, co nie do końca mi odpowiada, ponieważ moim zdaniem zbyt długo utrzymuje się na skórze. Nie jestem fanką aż tak mocnych zapachów w kosmetykach.


Trzeba przyznać, że skład jest przepiękny i zawiera wszystko, co nasze dłonie i stopy lubią najbardziej. Na pierwszym miejscu mamy ekstrakt z szałwii, dalej wodę, mocznik, masło shea, olej kokosowy, lanolinę, kwas mlekowy, glicerynę, dalej alantoinę. Są to naprawdę bardzo dobroczynne składniki dla naszej skóry. 


Krem ma konsystencję masła i jest bardzo treściwy. Ja go nakładam w dość dużej ilości jako taką maskę i wtedy muszę długo czekać na wchłonięcie. Można też zaaplikować go mniej i wtedy pozostawia tylko delikatny film. Jednak uważam, że jest to produkt bardziej do stosowania na noc. Wtedy ze spokojem się wchłonie i porządnie zadziała. A działa naprawdę świetnie i jak już wspomniałam, ratował nas w tym najgorszym czasie. Moje dłonie są zazwyczaj w kiepskim stanie, często pękają, więc przydała im się taka dawka odżywienia. 

Krem ma 100 g i kosztuje 29,99 zł w wersji plastikowej oraz 31,99 zł w wersji szklanej

Bardzo Wam te dwa produkty polecam. Przepięknie odżywiają nawet mocno przesuszoną skórę. Jednie zapachy nie do końca mi się spodobały, ale to akurat już kwestia gustu :)

Piszcie proszę w komentarzach, czy znacie kosmetyki tej marki i jak się u Was sprawdziły.

Buziaki!
Kasia

lipca 01, 2020

Przegląd toaletki - naturalna kolorówka #2
Resibo - krem BB

Hej!

Jak już pewnie wiecie, marka Resibo wypuściła jakiś czas temu nowość - krem BB. Bardzo mnie ciekawią takie produkty, więc od razu kliknęłam zestaw z pełnowymiarową wersją oraz próbkami pozostałych odcieni. Niestety lusterko dołączone do zestawu okazało się totalnym bublem i przyznaję, że trochę się zawiodłam, że taka fajna firma dołącza taki badziew. Cieszę się, że w zestawie były chociaż wszystkie odcienie kremu, bo dzięki temu dobrałam sobie kolor idealny. Jeśli jesteście ciekawi, czy jest to produkt warty zakupu, to zapraszam do dalszej części wpisu :)

resibo-krem-bb

Krem przychodzi do nas w opakowaniu z matowego szkła o standardowej pojemności 30 ml. Ma pompkę i plastikową zatyczkę. Dodatkowo jest zapakowany w kartonową tubę. Trzeba przyznać, że wszystko prezentuje się naprawdę pięknie. Zawiera filtr mineralny SPF 6, ale uważam, że to zbyt mała ochrona przeciwsłoneczna.


Jeśli chodzi o skład, to mamy tutaj 98,6% składników pochodzenia naturalnego. Do ciekawszych składników zaliczyć można ekstrakt z kurkumy, który ma działanie przeciwzapalne i antyoksydacyjne. Osobiście uwielbiam kurkumę, dodaję ją wszędzie, gdzie się da, więc cieszę się, że pojawia się również w kosmetykach.


Na opakowaniu możemy znaleźć obietnice producenta:

"Pokochasz swoją skórę na nowo. Wyrównany koloryt bez widocznego podkładu, wygaszone niedoskonałości bez efektu ciężkiego makijażu. Natychmiast po aplikacji zauważysz, że Twoja skóra pozostaje nadal tą samą skórą, jednak wygląda dużo lepiej, bardziej zdrowo i promiennie. Krem BB jest świetną opcją do codziennego makijażu, bo możesz go dołożyć bez obaw, że obciążysz skórę."

Czytając ten opis, stwierdziłam, że to może być ideał na lato. Krem, który się łatwo rozprowadza, ma lekką konsystencję, ale przy tym delikatne krycie. Jednak powiem Wam, że nie do końca tak jest i tak naprawdę zwlekałam z tą recenzją, bo sama nie wiem, co o tym produkcie myśleć.
Zacznijmy może od kolorów. Do wyboru mamy 3, które w opakowaniu wyglądają na mega ciemne, jednak podczas rozprowadzania bardzo jaśnieją. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że najjaśniejszy odcień jest dla mnie za jasny. Tak naprawdę dużo lepiej prezentował się na mojej skórze Natural Beige, który lepiej się z nią stapiał. Aktualnie mieszam ze sobą te dwa odcienie.


Tutaj zaczęłam rozcierać odcień Natural Beige. Możecie zobaczyć, jak pojaśniał:


Krem ma gęstą konsystencję, nie spływa z dłoni. Pachnie intensywnie, kwiatowo (zapach najbardziej kojarzy mi się z bzem) i dość dziwnie, ale muszę zaznaczyć, że należę do osób, którym raczej nie odpowiadają zapachy kosmetyków Resibo.

Jeśli chodzi o aplikację, to niestety nie należy ona do najłatwiejszych. U mnie najlepiej się sprawdza nałożenie go palcami, a potem rozprowadzenie pędzlem. Jest to moim zdaniem najszybsza metoda. Gąbka dość mocno zjada produkt, a przy palcach strasznie smuży. Chociaż zauważyłam też różnicę przy poszczególnych kolorach. Natural Beige aplikuje się dużo łatwiej niż Light Beige.

Krem ma delikatnie krycie w kierunku średniego, ładnie wyrównuje koloryt i wygląda na skórze naturalnie. Dość dobrze się z nią stapia, chociaż miewa momenty, że się warzy albo podkreśla pory. Czasami też zbiera się w załamaniach, np. na brodzie albo skrzydełkach nosa. Kilka minut od nałożenia czuć go na skórze i mocno się klei. Potem delikatnie zastyga, a wykończenie staje się satynowe w kierunku matowego. Zauważyłam, że krem średnio dogaduje się z pudrami i dużo lepiej wygląda, gdy się w ogóle go nie przypudruje. Chcę zaznaczyć też, że mam cerę tłustą, więc dla mnie to fenomen. Inne kosmetyki aplikuje się na nim dobrze, chociaż osobiście wolę odczekać chwilę, aż zastygnie.
Uważam, że kremu nie powinno się też nakładać zbyt dużo, bo wtedy może wyglądać ciężko. Nie próbowałam go dokładać w ciągu dnia.


Co do trwałości, to u mnie jest różnie. Generalnie wygląda nieźle przez 5-6 h, co i tak jest dobrym wynikiem przy tłustej cerze. Nie umiem powiedzieć, jak sprawdziłby się na cerze suchej, jeśli na mojej zastyga praktycznie do matu.
Powiem Wam, że dawno nie miałam tak dziwnego produktu. Nie jest zły, zauważam w nim pewne plusy. Ładnie wyrównuje koloryt i dopasowuje się do koloru cery. Na mojej skórze utrzymuje się całkiem dobrze. Jednak nie lubię w nim tego, że ciężko się go rozprowadza. Ma dni, kiedy wygląda kiepsko, warzy się, podkreśla pory i mam ochotę od razu go zmyć. Czasami jednak prezentuje się super. Tak naprawdę dla mnie to takie "meh", nad czym ubolewam, bo nie jest zły, ale mógłby być lepszy i raczej nie kupiłabym go ponownie.

Dajcie proszę znać, czy też się na niego skusiliście i jak się u Was sprawdził.

Do następnego!
Kasia

maja 18, 2020

TOP 3 perfumy na wiosnę i lato

Hej!

Niezbyt często pojawiają się na moim blogu perfumy. Głównie dlatego, że rzadko je zmieniam, a zużywanie ich wcale nie idzie mi tak szybko. Jednak niedawno do mojej "kolekcji" dołączyły dwie nowości, więc pomyślałam, że stworzę wpis o moich ulubionych zapachach na wiosnę i lato 2020r. Zapraszam :)


Zacznę od tego, że uwielbiam świeże zapachy na okres wiosenno-letni. To moje podstawowe kryterium przy wyborze perfum. Kolejność będzie zupełnie przypadkowa, wszystkie te zapachy lubię tak samo.

1. Zara - Twilight Mauve


To może na pierwszy ogień pójdą perfumy, które znam najlepiej. To mój drugi flakon. Mowa o perfumach z Zara - Twilight Mauve. Taka informacja o nich znajduje się na stronie Zary:

"Świeża kwiatowa woda toaletowa. Piramida zapachowa z nutami magnolii, jabłka i konwalii. Świeży, świetlisty i przyjemny zapach."

Myślę, że to must have dla wielbicielek świeżych zapachów. Ja wyczuwam w nim właśnie mieszankę kwiatów i owoców. Nie jest ona przesadnie słodka, nie przytłacza, a subtelnie towarzyszy nam w ciągu dnia. To jeden z tych zapachów, którym można wypsikać się stóp do głów, a nie będzie za mocny. Jest trwały jak na tak niską cenę (49,90 zł/100 ml). Bardzo polecam :)

zara-twilight-mauve

2. Giorgio Armani - Acqua di gioia


To perfumy, które dostałam od męża na imieniny. Marzyły mi się od dawna. 

Nuta głowy: mięta, włoska cytryna,
Nuta serca: wodny jaśmin,
Nuta bazy: drzewo cedrowe, brązowy cukier

Czuję w nich dokładnie to, co jest zapisane w nutach. Najpierw cytrynę z miętą, która przechodzi w zapach kwiatowy. Całość jest delikatnie słodka, ale również maksymalnie świeża. To jeden z moich ideałów, jeśli chodzi o zapachy. Trafia w mój gust w 100%. Mam wersję perfumowaną, która długo się utrzymuje, zostaje na ubraniach, pościeli.

armani-acqua-di-gioia

3. Chloe - Chloe L'Eau


To perfumy, które kupiłam dosyć spontanicznie po powąchaniu próbki. Tak naprawdę w życiu bym się nie spodziewała, że tego typu zapach mi się spodoba. Dominuje w nim róża, ale jednocześnie jest to zapach dosyć świeży. 

Nuta głowy: grejpfrut, kwiat liczi
Nuta serca: róża damasceńska, magnolia
Nuta bazy: piżmo, bursztyn, drzewo cedrowe

Owoce dobrze przełamują mocny zapach róży i magnolii, co sprawia, że całość jest przyjemnie świeża i w żaden sposób nie przytłacza, a raczej przyjemnie otula. Te perfumy zostają bardziej przy ciele, nie ciągną się tak mocno za nami jak dwa poprzednie. Do tego flakon wygląda przepięknie i z tych trzech propozycji podoba mi się najbardziej. 

chloe-leau

To wszystko na dzisiaj. Podzielcie się proszę w komentarzach swoimi zapachowymi ulubieńcami na okres wiosenno-letni :)

Buziaki!
Kasia

TOP