Najnowsze wpisy

kwietnia 04, 2019

Idealne rozświetlenie z paletą Golden Rose

Hej!

Mam ostatnio dość intensywny czas, ale w końcu znalazłam chwilę, żeby coś dla Was napisać. Pokażę Wam paletę, która szybko stała się hitem internetu i o której słyszałam naprawdę wiele dobrego. Mowa oczywiście o Strobing Highlighter Baked Trio Palette z Golden Rose. Jeśli jesteście ciekawi, czy zachwyciła mnie tak samo mocno, to koniecznie czytajcie dalej :)

golden-rose-strobing-highlighter-baked-trio-palette

Rozświetlacze zamknięte zostały w proste, srebrne opakowanie z lusterkiem. Mi się podoba, lubię taką prostotę. W środku natomiast znajdujemy trzy wypiekane cudeńka. Jeśli czytacie mnie dłużej, to wiecie, że mam słabość do tego typu produktów.
Golden Rose postawiło na trzy kolory: różowy, bardziej szampański oraz ciemniejszy, który świetnie się sprawdzi przy ciemniejszych karnacjach. Jeśli chodzi o mnie, to korzystam jedynie z dwóch jaśniejszych odcieni, które zazwyczaj mieszam. Wiem też, że przy ciut ciemniejszych cerach fajnie wygląda mieszkanka wszystkich trzech kolorów. U mnie to nie przejdzie, bo jestem bladziochem, ale najciemniejszy odcień zdarza mi się nakładać na powieki i wygląda naprawdę fajnie.


Jeśli chodzi o skład, to niestety miłośniczki naturalnych składników nie będą zachwycone. Mamy tutaj np. izoparafinę, syntetyczną mikę, silikon. Mogłoby być lepiej, ale nie ma tragedii. Ja używam tych rozświetlaczy od jakiegoś czasu i nie zauważyłam pogorszenia stanu cery.


A teraz najważniejsze, czyli jak rozświetlacze wyglądają na skórze. Moim zdaniem pięknie. Nie ma w nich jakichś mocno widocznych drobinek. Tworzą idealną taflę, a efekt można stopniować. Przy jednej warstwie ze spokojem nadają się do makijażu dziennego, natomiast przy kilku zdecydowanie mają moc i można uzyskać porządne glow. Jeśli szukacie dobrych rozświetlaczy w naprawdę fajnej cenie (32,90 zł), to polecam właśnie tę paletkę. Możecie ją dostać na stronie goldenrose.pl.


Paleta Strobing Highlighter Baked Trio Palette to naprawdę ciekawa propozycja w dobrej cenie. Odkąd ją mam, chętnie po nią sięgam, bo bardzo podoba mi się efekt, jaki można ją uzyskać. Piszcie w komentarzach, jak Wam się podoba i czy macie ochotę się na nią skusić? A może już zasiliła Wasze zbiory kosmetyczne? :)

Buziaki!
Kasia

marca 18, 2019

Drogie kosmetyki, których nie kupiłabym ponownie

Hej!

Czasami zdarzają się takie kosmetyki, które może nie są bublami, ale coś sprawia, że ich zakupu trochę żałujemy. Też tak macie? Ja zdecydowanie tak i dzisiaj właśnie pokażę Wam trzy takie produkty. Myślę, że będą one dla Was zaskoczeniem, więc zachęcam do czytania dalej :)

jestem-na-nie

Nabla Poison Garden


Ta paleta to chyba moje największe rozczarowanie ostatniego czasu. Denerwuje mnie w niej to, że cienie są strasznie nierówne - jedne przesadnie napigmentowane, inne bardzo słabo. Wiem, że większości osób zależy na mocnej pigmentacji, ale mnie ostatnio ta tendencja trochę męczy. Zdecydowanie bardziej wolę pracować z cieniami, które może na pierwszy rzut oka nie wykazują aż takiej pigmentacji, ale bez problemu da się je budować. W przypadku Poison Garden otrzymujemy plamę koloru, z którą potem trzeba się męczyć, żeby ją rozetrzeć. Oczywiście możecie mi zarzucić nieumiejętność, ale gwarantuję, że umiem pracować z różnymi cieniami i takie zwyczajnie nie sprawiają mi frajdy. Natomiast nie to jest największym problemem. Najbardziej zasmuciły mnie cienie, które w opakowaniu wyglądają fajnie, a na dłoni czy powiece nie robią szału. Mam tu na myśli Adoration, który jest po prostu drobinkami, który nakłada się na inny cień. Dalej Subliminal, który w opakowaniu prezentuje się bosko, ale nijak nie chce się przenosić na skórę. Nie podoba mi się też Archetype, który na powiece tworzy burą plamę. Reszta jest akceptowalna, ale jest coś w tej palecie takiego, że nie sięgam po nią chętnie. A szkoda, bo cienie Nabli generalnie bardzo lubię. 

nabla-poison-garden

Too Faced Born This Way Multi-use Sculpting Concealer


Kolejnym kosmetykiem jest słynny Multi-use Sculpting Concealer z Too Faced. Dla mnie jest zdecydowanie za ciężki i bardzo widoczny na skórze. Nie używałabym go na co dzień. Aktualnie pod oczy wybieram lżejsze, bardziej nawilżające formuły, a ten służy mi jedynie jako baza pod cienie albo pod oczy do zdjęć. Ta olbrzymia pojemność 15 ml na pewno jest plusem dla osób, które go lubią, ale dla mnie mógłby się już skończyć ;) 

Fenty Beauty Stunna Lip Paint


Kupiłam ją pod wpływem Youtube i niby nie jest zła, ale na pewno nie kupiłabym jej ponownie. Odcień Uncuffed w opakowaniu wygląda bosko, ale na ustach ciemnieje. Poza tym ma ekstremalnie wodnistą konsystencję i bardzo ciężko mi się ją nakłada tym aplikatorem, a usta mam duże. Zazwyczaj tak sobie nią powyjeżdżam, że nie wyglądam zbyt naturalnie :P Nie wyobrażam sobie aplikować ją na wąskie usta. Do plusów na pewno należy to, że rzeczywiście nie czuć jej na ustach, ale niestety nie należy też do tych najbardziej trwałych. Za taką cenę spodziewałam się czegoś lepszego. 

too-faced-concealer-fenty-beauty-stunna-lip-paint

I to już wszystko na dzisiaj. Piszcie koniecznie, czy znacie te kosmetyki i jak się u Was sprawdziły!

Buziaki!
Kasia

marca 10, 2019

Nacomi & Fit Lovers | Balsam antycellulitowy Gorzka czekolada z pomarańczą

Hej!

Bardzo rzadko na moim blogu pojawiają się balsamy do ciała, ponieważ trochę muszę się zmuszać, żeby ich używać. Najchętniej stosuję te antycellulitowe, ponieważ borykam się z tym problemem, ale też chcę, żeby moja skóra była jak najdłużej jędrna. Dzisiaj pokażę Wam balsam jednej z moich ulubionych marek. Do przetestowania bardzo mocno zachęciła mnie nazwa - gorzka czekolada z pomarańczą brzmi bosko, prawda? Ale jak jest w rzeczywistości, czy warto po niego sięgnąć? Tego dowiecie się w dalszej części wpisu, zapraszam :)


Balsam antycellulitowy Gorzka czekolada z pomarańczą marki Nacomi powstał we współpracy z Youtuberami Fit Lovers. Zamknięty jest on w tubie o pojemności 200 ml. Przyznaję, że szata graficzna średnio do mnie przemawia i nie wiem, czy zwróciłabym na nią uwagę w sklepie, ale to przecież tylko kwestia gustu. A Wam się podoba?

Dla mnie jednak zawsze ważniejszy jest sam kosmetyk. Marka Nacomi jak zawsze zadbała o piękny, naturalny skład. W balsamie znajdziemy mnóstwo odżywczych składników, jak np. olej makadamia, masło shea, masło kakaowe. Producent zapewnia nas, że ekstrakt z alg morskich oraz wyciąg z bluszczu pospolitego sprawią, że skóra odzyska jędrność, a kofeina wykaże działanie antycellulitowe. Niestety znajduje się ona dosyć daleko w składzie, więc na cuda bym nie liczyła ;)


Przyznajcie, że patrząc na nazwę, spodziewalibyście się oszałamiającego zapachu? Niestety rozczaruję Was, mnie on zupełnie nie powalił. Wyczuwam odrobinę pomarańczę, czekolady w ogóle, ale całość jest jakaś taka sztuczna. Szkoda, bo mogłoby być to coś szałowego, a jest meeh. 

Jeśli chodzi o konsystencję, to jest w sam raz - nie za gęsta, nie za rzadka. Balsam na pierwszy rzut oka dobrze się rozprowadza, ale niestety na większej powierzchni smuży. Zauważyłam jednak, że wiele produktów naturalnych wykazuje taką cechę. Mnie to trochę przeszkadza, bo trzeba poczekać kilka minut, aż się wchłonie. 

Co do działania, to zaznaczam od razu, że nie wierzę w mocne działanie antycellulitowe kosmetyku i w tym przypadku również nic takiego u siebie nie zauważyłam, a balsam stosowałam regularnie przez dłuższy czas. Natomiast na pewno ładnie odżywia skórę, a dzięki temu automatycznie robi się ona ciut jędrniejsza. Poza tym to smużenie, o którym pisałam powyżej, może w tym wypadku wyjść na plus, ponieważ musimy poświęcić więcej czasu na masaż skóry. 


Podsumowując, traktowałabym ten balsam po prostu jako zwykły mocno odżywczy produkt do ciała. Niestety nie spodobał mi się zapach i wolę jak tego typu kosmetyki szybciej się wchłaniają, więc raczej nie wrócę do niego ponownie. Jest to dla mnie taki klasyczny średniaczek.

Balsam przywędrował do mnie z drogerii ezebra.pl. Aktualnie nie jest dostępny, ale na pewno jeszcze się pojawi :)

Napiszcie koniecznie, czy używaliście tego balsamu (albo jakiegoś kosmetyku z tej serii), a jeśli tak, to jak się u Was sprawdził. Jestem ciekawa, czy mamy podobne odczucia.

Do następnego!
Kasia

lutego 22, 2019

Moja pielęgnacja twarzy | Aktualizacja

Hej!

Co jakiś czas staram się tworzyć wpis o mojej aktualnej pielęgnacji, zwłaszcza gdy mam do pokazania coś ciekawego. Tak jest tym razem -  zaprezentuję Wam kilka produktów, które świetnie działają na moją cerę. Zapraszam do czytania dalej :)

pielęgnacja-twarzy-cera-tłusta

Przypomnę tylko, że cerę mam tłustą ze skłonnością do zapychania, powstawania podskórnych grudek. Kosmetyki, których obecnie używam, naprawdę dobrze się na takiej cerze sprawdzają. Moja skóra staje się coraz gładsza. Zauważyłam też, że pory powoli się zmniejszają, a kaszka na czole zniknęła. Jeszcze nie jest idealnie, ale mogę powiedzieć, że coraz bardziej jestem ze swojej cery zadowolona i te kosmetyki na pewno mają na to wpływ. 

Oczyszczanie


Zacznę może od oczyszczania. Na chwilę odstawiłam swój ulubiony żel tymiankowy z Sylveco i postanowiłam przetestować coś nowego. Sięgnęłam po Oczyszczającą piankę do twarzy marki Nature Queen i muszę powiedzieć, że jest genialna. Z jednej strony dobrze oczyszcza, z drugiej jest bardzo delikatna, a na dodatek mam po niej taką gładką twarz, coś niesamowitego!
Jeśli chodzi o tonik, to aktualnie używam tego z Natural Secrets w wersji oczyszczającej i jestem z niego bardzo zadowolona. W jego składzie znajdziemy hydrolat z zielonej herbaty i skórki cytryny, a także ekstrakt z szałwii, olejek rozmarynowy i olejek z drzewa herbacianego. Same dobroci dla cery tłustej i mieszanej. Zmieniłabym jedynie atomizer, bo wypuszcza bardzo duże krople i nie jest to zbyt przyjemne. Poza tym nie mam się do czego przyczepić i myślę, że kupię kolejne opakowanie.

nature-queen-pianka-natural-secrets-tonik

Kremy do twarzy


Po tonizowaniu używam dwóch produktów - rano kremu na dzień marki Duetus, a wieczorem Energetyzującą esencję odmładzającą z Resibo. To wszystko, serio. Mam wrażenie, że taki minimalizm mojej skórze służy. 
Jeśli chodzi o krem z Duetus, to dobrze się sprawdza właśnie na dzień, ponieważ delikatnie matuje skórę. Nie zauważyłam żadnego przesuszenia skóry ani dyskomfortu podczas używania, a zużyłam już ponad połowę. Duży plus za dołączoną drewnianą szpatułkę, dzięki której nie trzeba wkładać rąk do kremu i wszystko odbywa się bardziej higienicznie.
Z kolei wieczorem przerzuciłam się na esencję z Resibo. Jeszcze niedawno stosowałam ją jako dodatkową pielęgnację, ale teraz moja wieczorna rutyna opiera się tylko na niej. Muszę powiedzieć, że esencja ma niesamowicie lekką konsystencję, dzięki czemu genialnie sprawdza się właśnie przy cerze tłustej, ponieważ ją nawilża, ale nie obciąża. Jeśli chodzi o Resibo, to muszę się Wam przyznać, że jakoś nie mogę się polubić z zapachami, które stosują. W tym przypadku jednak jak dla mnie jest znośmy i kojarzy mi się z bzem. Poza tym nie mam się do czego przyczepić i bardzo polecam ją cerom tłustym i mieszanym.

duetus-krem-na-dzień-resibo-esencja

Krem pod oczy


Tutaj również odstawiłam mój ukochany krem z Nacomi i przerzuciłam się na krem liftingujący z Bema love bio. Na razie żadnego liftingu nie zauważyłam, ale być może stosuję go jeszcze zbyt krótko. Mimo to krem bardzo przypadł mi do gustu, ponieważ ma gęstą konsystencję. Przy tym ładnie się rozprowadza i dobrze wchłania. Nie zostawia tłustego filmu, więc fajnie sprawdza się również pod makijaż. Jeśli nie lubicie zbyt wodnistych kremów pod oczy, to ten jak najbardziej polecam wypróbować. Dostaniecie go w moim ulubionym ostatnio sklepie ekozuzu.pl (nie jest to wpis sponsorowany).

bema-love-bio-krem-pod-oczy

I tak się prezentują kosmetyki, których aktualnie używam. Jak widzicie, przerzuciłam się w 100% na naturalną pielęgnację i dobrze mi z tym. Wam to również polecam. Otacza nas tyle chemii, w żywności itp., że warto po prostu jej unikać. Skóra na pewno prędzej czy później się odwdzięczy :)

Piszcie proszę w komentarzach, czy znacie któryś z tych kosmetyków i jak się u Was sprawdził. 

Buziaki!
Kasia

lutego 20, 2019

~ Teneryfa zimą ~

Hola!

Ten wpis będzie będzie inny niż zwykle. Chciałabym, żebyście zobaczyli miejsce, które zostanie na długo w mojej pamięci. Mnie oczarowało i mam nadzieję, że będę mogła tam kiedyś wrócić. 


Dlaczego Teneryfa?


Z prostej przyczyny, bardzo chciałam, żeby było tam ciepło. Pod koniec roku strasznie zaczęła mi doskwierać wieczna szaruga za oknem i stwierdziłam, że zimowe wakacje będą fajnym rozwiązaniem. Nie chcieliśmy lecieć w miejsca typu Seszele, Malediwy, bo te kierunki są dużo droższe, więc ostatecznie wybór padł na Wyspy Kanaryjskie i z nich ponoć najbardziej urokliwą Teneryfę. 

A jak było naprawdę?


Bo wiecie, mówi się, że okres od grudnia do lutego na Teneryfie jest najchłodniejszy w całym roku i że może się trafić okres, kiedy pada non stop. Aż mi się w to nie chce wierzyć, bo było naprawdę pięknie. Termometry codziennie wskazywały powyżej 20 stopni, jednie wieczorami przydawała się bluza. Ok. godziny 9 Słońce wschodziło zza wulkanu i dawało ciepło już do końca dnia. Chociaż muszę przyznać, że praktycznie codziennie po południu nachodziły chmury i zasłaniały nam właśnie wulkan oraz góry, ale nigdy nie docierały do naszej części wyspy i tam Słońce świeciło calutki dzień.  

Którą zatem część wyspy wybrać?


Naszym zdaniem zimą najfajniejszy jest zachód. Jak już pojawi się słońca, to mamy je do końca dnia, gdzie na wschodzie już z pewnością dawno schowało się za wulkanem. Jeśli chodzi o południe (bardzo polecane w internecie), to nie zrobiło na nas dużego wrażenia, bo te miejscowości są dużo większe i mniej urokliwe. Nasza - Puerto de Santiago - była idealna. Dużo miejsc, żeby pospacerować oraz przepiękne widoki na sąsiednią wyspę La Gomerę i olbrzymie klify Los Gigantes.

tenerife-los-gigantes

Co tam robić?


Jeśli, tak jak my, nie lubicie leżeć na plaży albo przy basenie, to polecam wynająć samochód i objechać wyspę. Trzeba się jedynie nastawić, że będzie duuużo serpentyn. My pod koniec trzeciego dnia jazdy samochodem mieliśmy ich już trochę dosyć ;) Ale nie zmienia to faktu, że wyspa jest przepiękna i góry oraz wulkan dodają jej uroku. 
Chyba największą atrakcją jest wulkan Pico del Teide. My nie wjechaliśmy na samą górę kolejką, ale już sama trasa sprawia, że warto się tam wybrać. Niezwykły, trochę jakby księżycowy krajobraz, przedzieranie się przez warstwę chmur, a nad nimi piękne, bezchmurne niebo - to naprawdę warto zobaczyć. Zresztą zobaczcie sami:

teneryfa-pico-del-teide

Na pewno warto też wybrać się na przejażdżkę łódką, żeby zobaczyć delfiny lub walenie. Wyspa z perspektywy oceanu naprawdę robi wrażenie.

tenerife
tenerife-delfiny

Nie mogłabym nie wspomnieć również o czarnych, wulkanicznych plażach, które wyglądają absolutnie wyjątkowo.

tenerife-playa-la-arena

Teneryfa mnie naprawdę zachwyciła i zapamiętam ją na długo. Zimą nie było tam aż tak dużo ludzi i cieszę się, że mogliśmy trochę odetchnąć od polskiej szarugi, złapać Słońca i powdychać świeżego powietrza bez smogu :)

Do następnego!
Kasia

lutego 06, 2019

Ulubieńcy ostatnich miesięcy | Kolorówka, po którą sięgam najczęściej

Hej Kochani!

Chwilę mnie nie było, a to wszystko przez nasze zimowe wakacje na Teneryfie. Tak sobie myślę, że mogłabym stworzyć wpis o całym wyjeździe, co mi się podobało, co nie itp. Chcielibyście? Dajcie znać! A dzisiaj, jak już widzicie po tytule, moje ulubione kosmetyki ostatnich miesięcy. Pewnie część będzie się powtarzać, ale chciałam Wam tak zbiorczo pokazać, czego używam obecnie najczęściej (i najchętniej też). Zapraszam do czytania dalej :)

ulubieńcy

Twarz


Tutaj niezmiennie króluje podkład mineralny z Pixie Cosmetics. Mam go w odcieniu Vanilla Delight w wersji Love Botanicals. Powoli mi się kończy, więc czekam na Ekocuda i tam na pewno dorwę kolejne opakowanie. Pewnie się powtarzam, ale naprawdę kocham ten podkład za efekt, jaki daje na skórze, a także za łatwość, z jaką się rozprowadza. Na mojej tłustej cerze stosunkowo szybko zaczyna się wyświecać, ale i tak uważam, że jest cudny i na co dzień wybieram właśnie jego. 

Jeśli chodzi o bronzer, to ostatnio najczęściej sięgam po Resplendent Bronzer z PuroBIO. Pisałam o nim na blogu TUTAJ, ale tym razem pokazuję Wam odcień nr 1. Jest zdecydowanie bardziej oliwkowy, ale również świetnie się u mnie sprawdza. Nakładam go najczęściej takim ściętym pędzlem do różu i wtedy wygląda najlepiej. To produkt mineralny, więc również trzeba nauczyć się z nim pracować, ale moim zdaniem nie jest to aż tak trudne.

Moim ulubionym rozświetlaczem ostatnio jest 045 Glamorous ze SinSkin (by Patricia Kazadi). Ma absolutnie przepiękny kolor i daje prawdziwą taflę bez drobinek. 

pixie-cosmetics-purobio-sinskin

Jeśli chodzi o korektor, to chyba znalazłam ideał w tej kategorii, chociaż szukam jeszcze czegoś bardziej naturalnego. Niemniej jednak uważam, że korektor Magic Concealer od Heleny Rubinstein jest po prostu boski. Mam go w odcieniu nr 01 light, z którym na pewno polubią się wszystkie bladziochy. Najbardziej cenię w tym produkcie to, że kryje, ale jednocześnie wygląda bardzo dobrze pod oczami i nie przesusza skóry, a delikatnie ją rozświetla. Krycie określiłabym jako średnie, ale dla mnie na co dzień jest zupełnie wystarczające.

Mam też jeden podkład, którego używam na większe wyjścia albo gdy potrzebuję całodziennej trwałości. Jest to nowa wersja podkładu Double Wear Light od Estee Lauder. Mam go w odcieniu 1N0 Porcelain, który moim zdaniem mógłby być minimalnie mniej różowy, ale i tak ładnie dopasowuje się do mojej cery. Cieszę się, że firma postanowiła wprowadzić więcej kolorów, bo starej wersji niestety nie mogłam używać. Podkład nie ma mocnego krycia. Powiedziałabym, że jest ono lekkie w kierunku średniego, ale wygląda bardzo ładnie na skórze i przede wszystkim utrzymuje się cały dzień. Nawet nie ma większego znaczenia, jakiego pudru użyję. Naprawdę na mojej tłustej cerze zaczyna się wyświecać po ok. 8 godzinach i to też tylko w okolicy nosa i czoła. Tak szczerze to chyba nigdy nie miałam tak trwałego podkładu, więc jeśli właśnie na tym Wam zależy, to koniecznie go wypróbujcie. 

estee-lauder-helena-rubinstein

Oczy i brwi


Tutaj już jestem trochę nudna, ale naprawdę uważam, że cienie Inglot z kolekcji JLo to totalny hit i ostatnimi czasy sięgam głównie po nie. Mają przepiękne, dzienne kolory, utrzymują się cały dzień. Czego chcieć więcej? Chyba tylko jeszcze więcej odcieni :)

Jeśli chodzi o brwi, to używam kredki Feather Brow Creator z Wibo w kolorze Soft Brown. Odkąd ją mam, nie sięgam po nic innego. Jest po prostu idealna. Ma idealny kolor, idealną miękkość. Musicie ją wypróbować :)
inglot-wibo

Usta


W tej kategorii Cały czas na pierwszym miejscu jest szminka Sunset Rose z MAC, ale nie będę już nią Was zanudzać, więc opowiem o nowości, która również od jakiegoś czasu podróżuje ze mną w torebce. Mowa o Syrup, również z MAC. Kolor bardzo mi się podoba, ponieważ jest to ładny, neutralny róż. Z kolei wykończenie (Lustre) mnie mocno zaskoczyło. Nie spodziewałam się, że pomadka będzie aż tak lekka, jakby wodnista. Żeby uzyskać mocniejszy kolor, trzeba nałożyć kilka warstw. Chyba minimalnie bardziej wolę wykończenie Cremesheen, ale to na co dzień też jest spoko. 

Muszę wspomnieć również o mojej ulubionej konturówce, która pasuje do wielu pomadek w odcieniach nude. Jest to konturówka z Neve Cosmetics w odcieniu psiche/beige M219. Ma piękny kolor, ale też idealną konsystencję. Naprawdę warto się nią zainteresować, zwłaszcza że są to kosmetyki z naturalnym składem. 

mac-cosmetics

I to już wszystko na dzisiaj. Trochę mi się odmieniło w kwestii kosmetyków, dlatego ulubieńcy raczej będą pojawiać się w takiej formie, a nie co miesiąc. Dajcie znać koniecznie, czy znacie któryś z tych produktów i jak się u Was sprawdził. 

Do następnego!
Kasia

stycznia 19, 2019

Nowości ze sklepu ekozuzu.pl
Naturalna kolorówka Couleur Caramel & pielęgnacja Bema Love Bio

Hej! Hej!

Pod koniec zeszłego roku wpadło w moje ręce kilka produktów marki Couleur Caramel i tak mnie ta marka zaciekawiła, że zapragnęłam mieć ich więcej. Poza tym coraz więcej uwagi poświęcam składom kosmetyków, a te z Couleur Caramel mają je świetne, więc stwierdziłam, że muszę je przetestować. Odkryłam przecudowny sklep ekozuzu.pl, w którym zrobiłam spore zakupy i jako blogerka otrzymałam mnóstwo gratisów, za co jeszcze raz dziękuję! Przy okazji zaznaczam, że wpis nie jest sponsorowany, po prostu bardzo chciałam Wam te produkty pokazać. Będzie sporo kolorówki oraz pielęgnacji, więc zachęcam do czytania dalej :)


Couleur Caramel


Twarz


W mojej paczce znalazły się dwa produkty do twarzy. Pierwszy z nich to Jedwabny puder sypki, który ma bardzo krótki skład i mam nadzieję, że świetnie się sprawdzi do tłustej cery. Drugim kosmetykiem jest rozświetlający pyłek, który tworzy niesamowitą taflę i świetnie nada się nie tylko do twarzy, ale również do całego ciała.  


Oczy


Z tej kategorii również mam kilka kosmetyków. Przede wszystkim cień w kremie nr 177, który bardzo mnie ciekawił. Używałam go już kilka razy i muszę powiedzieć, że wygląda pięknie. Ostatnio lubię takie jasne odcienie różu, bo fajnie odświeżają spojrzenie.
Od niecałego miesiąca testuję cienie do powiek z Couleur Caramel i muszę powiedzieć, że jestem nimi mile zaskoczona. W przesyłce znalazłam 3 cienie, które mogę włożyć do paletki magnetycznej. 
Ostatnia (but not least) w tej kategorii jest maskara wydłużająca, ale na razie jej nie otwieram, bo używam aktualnie Backstage. Jeśli o nią chodzi, to uważam, że jest poprawna. Czekam, aż trochę zgęstnieje ;)


Usta


Produktów do ust też mam sporo. Z tych klasycznych zamówiłam szminkę nr 126, która ma idealny odcień do noszenia na co dzień. Otrzymałam również nr 254, czyli jaśniejszy, bardziej brzoskwiniowy nudziak, który o dziwo (kiedyś lubiłam tylko te różowe) bardzo mi pasuje. Ostatnio świetnie się czuję w takich kolorach. 
Mam też dwa błyszczyki: klasyczny, błyszczący nr 812, który określiłabym jako karmelowy, oraz matowy nr 843, który ma odcień średniego różu. Oba miałam na sobie kilka razy i zrobiły na mnie dobre wrażenie. Błyszczyk nr 812 zupełnie się nie klei i świetnie nawilża usta, a pomadka nr 843 jest bardzo komfortowa w noszeniu. Wszystkie swatche możecie zobaczyć na zdjęciu poniżej.


Bema Love Bio & Eco Life Candles


Marki Bema Love Bio zupełnie nie znałam, ale bardzo mnie zaciekawiła, ponieważ ma dobre składy. Postanowiłam więc wypróbować kremy: nawilżający oraz do cery tłustej i mieszanej. Wzięłam również krem pod oczy, który powinien stać się moim ulubieńcem, bo ma gęstą konsystencję, a ja taką lubię. Otrzymałam również emulsję oczyszczająco - matującą. W końcu będę mogła przetestować coś innego do mycia twarzy, bo niezmiennie używam tymiankowego żelu do twarzy z Sylveco.

Od sklepu ekozuzu.pl dostałam także przepiękną sojową świecę marki Eco Life Candles. Nazywa się Powiew świeżości i wyczuwam w niej głównie cytrynę, ale powiem Wam, że bardzo się z niej cieszę, ponieważ już od dłuższego czasu chodził mi po głowie zakup właśnie świecy sojowej.


I to już wszystko na dzisiaj. Dajcie znać koniecznie, czy znacie te marki i który kosmetyk Was najbardziej zainteresował. Czy chcielibyście aktualizację po jakimś czasie, jak te produkty się u mnie sprawdziły?

Do następnego!
Kasia

stycznia 15, 2019

Esqido - sztuczne rzęsy & klej do rzęs

Hej, witajcie w nowym roku :)
Jakiś czas temu otrzymałam propozycję przetestowania sztucznych rzęs zupełnie nieznanej mi marki Esqido. Stwierdziłam czemu nie, może mistrzynią klejenia rzęs nie jestem, ale i tak chętnie je wypróbuję. Zwłaszcza że wyglądają pięknie, co będziecie mogli zobaczyć za chwilę. 


White & rose gold 


Jak tylko otworzyłam paczkę, rzuciły mi się w oczy przepiękne opakowania, które na żywo wyglądają jeszcze piękniej. Połączenie bieli i rose gold to dla mnie strzał w dziesiątkę. Przyznajcie, że prezentuje się to mega ekskluzywnie?
Jeśli chodzi o zawartość przesyłki, to znalazłam w niej dwie pary rzęs z kolekcji Unisyn False Lashes oraz klej do rzęs. Rzęsy Unisyn zostały wykonane z bardzo drobnych włókien syntetycznych, które mają zapewnić niesamowicie naturalny look.


Day & Night


To rzęsy, które wyglądają dosyć dramatycznie w opakowaniu, ale mimo tego że mam naprawdę małe oczy, nie przytłoczyły ich i prezentowały się naturalnie. Model ten nie jest zbytnio podkręcony i musiałam użyć zalotki, żeby wyglądały dobrze na moich głęboko osadzonych oczach. Poza tym posiadają gruby pasek, który minimalnie czułam w wewnętrznym kąciku, ale muszę też zaznaczyć, że mam wyjątkowo wrażliwe oczy. Następnym razem je minimalnie bardziej przytnę, żeby zaczynały się ciut dalej. Jak widzicie na zdjęciu poniżej, rzęsy Day & Night mają najdłuższą długość w zewnętrznej części, więc idealnie będą się nadawać do makijażu kociego oka z wyciągniętym zewnętrznym kącikiem.


Gin & Tonic


Rzęsy Gin & Tonic są mniej gęste i równe na całej długości. Mają też cieńszy pasek, dzięki czemu zupełnie mi nie przeszkadzają. Ten model nosi się niezwykle wygodnie i uważam, że sprawdzi się również na co dzień. Tutaj także musiałam je trochę podkręcić zalotką, bo lubię, jak rzęsy są mocno widoczne. Jeśli chodzi o różnice między Gin & Tonic a Day & Night, to na pierwszy rzut oka są one mocno zauważalne, jednak przyznam się Wam, że na moich małych oczach prezentują się podobnie, co będziecie mogli zobaczyć na zdjęciu poniżej.


Eyelash glue


Companion Eyelash Glue pozytywnie mnie zaskoczył. Ma biały kolor, który robi się zupełnie bezbarwny. Wysycha w dobrym tempie (nie za szybko, nie za wolno). Bardzo ładnie przykleja rzęsy, nic się nie odkleja w wewnętrznym kąciku. Tak jak już wspomniałam, nie mam wielkiego talentu do przyklejania rzęs, a ten klej ułatwia mi tę czynność i chętnie będę po niego sięgać.


Sztuczne rzęsy Esqido możecie dostać w oficjalnym sklepie www.esqido.com.

Dajcie znać koniecznie, jak Wam się podobają i czy znaliście wcześniej tę markę.

Do następnego!
Kasia

grudnia 12, 2018

W7 Delicious & Maybelline Total Temptation
Recenzja + makijaż


Nowości marki W7 obserwuję od dłuższego czasu i miałam wielką ochotę, żeby coś przetestować. Jak pewnie wiecie, firma wzoruje się na drogich kosmetykach. Paletka, którą Wam dzisiaj pokażę, jest mniej więcej 10 razy tańsza od oryginału, więc przyznaję, że bardzo mnie ciekawiło, czy chociaż w małym stopniu będzie tak dobra. Przy okazji opowiem Wam również trochę o tuszu Total Temptation z Maybelline. Zapraszam do dalszej części wpisu :)


Paleta przychodzi do nas w ładnym tekturowym opakowaniu z lusterkiem. Zawiera dwustronny syntetyczny pędzelek, którego nie używałam, ale wydaje się bardziej miękki od tego dołączonego do palety Anastasii. 
Kolory w palecie są identyczne jak w Modern Renaissance. Mamy kilka neutralnych, jasnych odcieni, kilka bardziej nasyconych oraz trzy cienie błyszczące. Osobiście lubię takie kolory, chociaż pomarańcze i mocne róże mnie już trochę nudzą i ostatnimi czasy sięgam po inne odcienie. Niemniej jednak paleta mi się podoba. Zobaczcie, jak się prezentuje w środku.


Pigmentacja na pierwszy rzut oka wydaje się spoko, chociaż moim zdaniem cienie ciężko się przenoszą na skórę, większość pigmentu zostaje na palcu/pędzlu. Nie da się ich za mocno zbudować ani też nie chcą się do siebie kleić. Najlepszym sposobem na nie jest nakładanie ich na mokrą, nieprzypudrowaną bazę. Wtedy osiągniemy maksimum pigmentacji tych cieni. Cienie błyszczące przenoszą się dosyć ładnie, chociaż najlepiej aplikować je palcem, również na mokrą bazę. Na zdjęciu z makijażem zobaczycie maksimum, które udało mi się z tych cieni wydobyć. 
Jeśli chodzi o jakość cieni, to nie zauważyłam, żeby tworzyły plamy. Rozcierają się całkiem nieźle. 


Moja recenzja może wydawać się niezbyt pochlebna, ale wierzcie mi, że nie jest to najgorsza paleta, z jaką miałam do czynienia i da się z niej coś tam wykrzesać. Na pewno po przetestowaniu ogromnej ilości cieni jestem w tym temacie już bardzo wybredna i mało które cienie naprawdę mi się podobają i chętnie po nie sięgam. Tę paletę w szczególności polecałabym dla osób początkujących, które chcą zobaczyć, jak się czują w takiej kolorystyce. Na pewno przygodę z tak trudnymi odcieniami warto zacząć od średniej pigmentacji, żeby od razu się do nich nie zrazić. 

Na zdjęciu z makijażem możecie zobaczyć również, jaki efekt daje maskara Total Temptation z Maybelline. Uważam, że ma ona prześliczne opakowanie - bardzo w moim guście. Do tego posiada klasyczną szczoteczkę i jeżeli jesteście fankami takich szczoteczek, to na pewno się z nią polubicie. Maskara ma fajną konsystencję, nie trzeba czekać kilku tygodni, żeby podeschła. Od razu pracuje się nią dobrze i nie skleja rzęs. Moim zdaniem jednak jest to tusz bardziej pogrubiający niż wydłużający. Jeśli oczekujecie efektu mocnego wydłużenia rzęs, to możecie czuć się zawiedzione. 


W powyższym makijażu podkreśliłam brwi kredką z Wibo, o której pisałam TUTAJ. Myślę, że prezentuje się naprawdę dobrze.

Paletka kosztuje 22,99 zł, a tusz 17,69 zł. Oba kosmetyki możecie dostać w drogerii internetowej ezebra.pl, z której do mnie przywędrowały. 

Podsumowując, oba produkty zrobiły na mnie dobre wrażenie, chociaż po paletkę pewnie nie będę sięgać zbyt często. Najbardziej nie podoba mi się w niej to, że cienie nie chcą się budować. Za plus traktuję fakt, że się dobrze rozcierają. Makijaż, który widzicie na zdjęciu, naprawdę mi się podoba. Jeśli chodzi o tusz, to nie mam mu nic do zarzucenia. Moje rzęsy bardzo się lubią z klasycznymi szczoteczkami i również tak jest w tym przypadku.

Dajcie znać koniecznie, czy znacie któryś z tych kosmetyków i jak się u Was sprawdził.

Buziaki!
Kasia



*** Wpis powstał we współpracy z drogerią ezebra, ale moja opinia na temat produktów jest w 100% szczera.***


grudnia 07, 2018

Lily Lolo - naturalny błyszczyk
English Rose


Muszę się Wam przyznać, że ostatnio porzuciłam zupełnie matowe pomadki na rzecz tych kremowych oraz błyszczyków. Uwielbiam efekt rozświetlonej, świeżej skóry i błyszczące produkty do ust ten efekt pięknie podkreślają. Dzisiaj pokażę Wam jeden z moich ulubionych błyszczyków, czyli English Rose z Lily Lolo. Zapraszam do czytania dalej :)

lily-lolo-english-rose-błyszczyk

Błyszczyk zapakowany jest w bardzo klasyczne opakowanie. Ma również tradycyjny, mały aplikator, który nabiera niezbyt dużo produktu.
Wybrałam sobie odcień English Rose, czyli piękny, przybrudzony róż. Na ustach nie widać go zbyt mocno, ale błyszczy naprawdę ładnie. Ja mam bardzo jasne usta, czasem wręcz sine, więc nawet tak jasny kolor jest u mnie widoczny, ale jeśli macie mocniejszy pigment swoich ust, to będzie on u Was po prostu bezbarwny. Co ważne, nie zawiera drobinek. Dla mnie to duży plus.
Co też ciekawe, błyszczyk pachnie czekoladą. Myślę, że wielu osobom się ten zapach spodoba :)


Jak zawsze przy kosmetykach Lily Lolo ogromnym walorem jest skład. W tym przypadku opiera się on głównie na olejku jojoba oraz witaminie E, które świetnie nawilżają. I tutaj muszę przyznać, że jest to najlepiej nawilżający błyszczyk, jaki znam. Genialnie sprawdzi się u osób, które borykają się z przesuszonymi, spierzchniętymi ustami, zwłaszcza teraz, w okresie zimowym. Do tego ma nieklejącą konsystencję i nosi się go naprawdę komfortowo.


Powiem Wam szczerze, że to jeden z moich ulubionych błyszczyków i chętnie po niego sięgam. Nie przepadam za błyszczykami, które mają ciężką formułę, mocno je czuć na ustach i tak je oblepiają. Ten tego nie robi, nawet gdy się go nałoży odrobinę za dużo. Poza tym wygląda bardzo ładnie na ustach, nie podkreśla niedoskonałości, suchych skórek czy załamań. Jeśli szukacie dobrego, nawilżającego błyszczyka, to serdecznie Wam go polecam.

Błyszczyk Lily Lolo kosztuje 48,50 zł i możecie go dostać na stronie costasy.pl.


Dajcie znać koniecznie, czy też odpoczywacie od matowych pomadek? Jakie są Wasze ulubione błyszczyki? Znacie te z Lily Lolo? :)

Buziaki!
Kasia

TOP